Pamiętniki
Publikujemy tutaj ciekawe (naszym zdaniem) teksty do których uda nam się dotrzeć lub do nas nadesłane. Fragmenty pamiętników być może zaciekawią odwiedzających stronę. Zapraszamy do lektury, ale też do przysyłania dalszych tekstów które mogą mieć dowolną tematykę i dotyczyć dowolnego czasu.

Adam Fujarski - (Pamiętnik)
- "Kronika miasta Krzeszowice 1939-1945" (1)(2)(3) /Fragmenty/
U Niemców jako chwilowych zwycięzców prędzej Polacy znaleźli posłuch i nawet sprawiedliwość aniżeli u Kochańskiego. Był sadystą, renegatem ostatniego gatunku. Jeżeli dostał kogoś w swoje ręce, to ryczał nad biedną ofiarą, aż zachłystywał się w swej piekielnej złości, robił się zielony do utraty tchu i w ten czas przestawał wrzeszczeć, otwierał okno i chwytał powietrze pełnymi ustami. 
W szafie miał specjalnie dla siebie zrobiony bykowiec, którym sam własnoręcznie bił ofiary do utraty przez siebie i bitego przytomności. Doskonale nadawał się na tzw. "Kapo" do obozów nad więźniami. Bił bez względu na wiek bitego i płeć. Egzekucje takie wymierzał zależnie od przewinienia i nagłości Kochańskiego. Jeżeli mu się ktoś sprzeciwiał, jak np. Józef Kurdziel - starzec ponad 60 lat, emerytowany dozorca drogowy, Kochański nie patrząc na wiek zbił bykowcem. Do specjalności jego należało bicie dzieci, zdaje się, że się lubował ich jękami, gdy chłostane bykowcem dziecko zaczęło się rzucać i jęczeć. Aby krzyków słychać nie było głowy kazał owijać kocem. Dalszymi ofiarami bicia byli furmani, a to Kurdziel Józef syn Pawła, Kurdziel Stanisław syn Stanisława. Obaj za byle jakie przewinienie i znalezienie coś nie w porządku u koni zbierali bicie bykowcem. Jeżeli już chciał urzędowo karać chłostą, wówczas z całym ceremoniałem wołał świadków, zawsze pracowników gminy i woźnych, którzy ofiarę musieli trzymać za nogi i ręce a jeden z nich musiał bić tak długo, aż raczył powiedzieć dość. Z takim ceremoniałem bicie na ławie dostała Malost Bronisława i jej dziecko, za to, że nie chcieli się wyprowadzić do Brzoskwini. 
Ponieważ bijący nigdy nie bił jak kazał Kochański, i zawsze z pewną udaną siłą bił lekko, Kochańskiemu się to nie podobało, wyrwał bijącemu bykowiec i sam bił nie patrząc gdzie. Dalszą ofiarą doraźnej egzekucji na ławie była Zofia Muchówna panna, za to, że czyniła wstręty lokatorowi Wochowi. Kochański skazał ją na karę chłosty z całą pompą kazał ją wyciągnąć na ławie, podnieść sukienkę i wyliczyć 25 uderzeń bykowcem. Uderzenia nie były bardzo silne, bo nie bił Kochański. Jednak biedna ofiara kulejąc ledwo zaszła do domu. Egzekucji takich było bardzo wiele. Zwykle jak takie egzekucje się odbywały, wszyscy pracownicy jak mogli, z biur wychodzili by nie słyszeć jęków bitych ofiar. Najwięcej szalał gdy policja granatowa przyprowadziła kogoś do aresztu i miał być badany. Przy takich badaniach Kochański musiał być obecny, by oczy nasycić widokiem bitej ofiary, jak też i sam szedł po bykowiec do kancelarii i razem z oprawcami bili ofiary do nieprzytomności, aż się sami zgrzali. Słusznie też areszt gminny był nazwany "Montelupich Krzeszowickie". Czasem za błahe przewinienie przez kogoś z pracowników zamykał do aresztu jak np. Franciszka Godynia, woźnego, którego trzymał w areszcie parę dni. Dla Niemców był z bałwochwalczym uniżeniem. W jego postępowaniu przebijało się przerażające przeciwieństwo, jakie stosował wobec Niemców, a jakie do Polaków. Jeżeli załatwiał sprawę z interesantem polskim, to zawsze z miną groźną, nie wróżącą nic dobrego, a na to nadszedł Niemiec obojętnie jakiej rangi, chociażby nawet szeregowy, wówczas twarz mu się rozjaśniała, z uśmiechem i zadowoleniem stawał przed takim na baczność, podnosząc rękę do pozdrowienia hitlerowskiego, grzecznie wysłuchał, o co Niemcowi chodzi i natychmiast go załaytwił. O ile któryś z Niemców mieszkał dłużej w Krzeszowicach, wnet się na Kochańskim poznali i traktowali lekceważąco. O ile był podrażniony - a o to było bardzo łatwo - a miał załatwić sprawę, która nie kolidowała z jego myślą, obojętnie gdzie to było, czy w kancelarii czy na ulicy, wrzeszczał na całe gardło, że już się skończyły wasze z... polskie rządy, czy: "Prędzej mi włosy na dłoni wyrosną, aniżeli wy będziecie mieli Polskę" itp. obelżywe słowa odnoszące się do narodu i Państwa Polskiego. Słowa te słyszało się na porządku dziennym przy każdej okazji, gdy chodziło o sprawy polskie. Przyjaciół z Polaków w Krzeszowicach nie miał nikogo, jedynie ci, z którymi łączyły go interesy. Wykonawcą zarządzeń niemieckich był niezastąpiony, bo w swej gorliwości przechodził samych Niemców. Wszystkie zarządzenia musiały być wykonywane z całą dokładnością. Specjalnie traktował rolników, którzy musieli na każde jego żądanie dostarczać furmanek i to bezpłatnie. O ile który rolnik chciał się zwolnić od szarwarku, dla załatwienia swych spraw osobistych, żadnego usprawiedliwienia nie przyjmował, a jeśli mimo tego któryś nie przyjechał, kazał zamykać do aresztu. Równorzędnym utrapieniem dla mieszkańców miasta była zima z silnymi opadami śniegu. W czasie takim Kochański szalał, pędził do roboty wszystkich, czy kto mógł przyjść czy nie. Litości w czasie takim nie było dla nikogo. Ciężkie chwile były w czasie zawiei i snieżnych opadów. Najwięcej ucierpiała młodzież. Sam pilnował i chodził robót doglądać. Szczególną antypatią darzył starszą młodzież polską. Wszędzie i na każdym kroku podejrzewał ją o spisek przeciw sobie i władzy niemieckiej. 
Zawsze o młodzieży wyrażał się w najgorszych i oraźliwych słowach. Szczególnie pienił się wprost z wściekłości, gdy w listopadzie 1939r. w rocznicę niepodległości p.Krystyna Makowska zaintonowała w kościele na chórze "Boże coś Polskę", a wszyscy ją odśpiewali. Zdawało się, że za to każe połowę mieszkańców Krzeszowic wystrzelać. Toteż p.Krystyna Makowska odcierpiała wybuch uczciwości i patrityzmu, bo w 1940 r. siedziała zamknięta w areszcie gminy przez miesiąc, a w latach późniejszych aresztowana w Krakowie przez Gestapo za kolportaż gazetek tajnych i odstawiona do obozu w Oświęcimiu. Na wybryki sadystyczne Kochańskiego nie było rady i niejeden z pracowników gminnych chociażby chciał pomóc rodakom, nie był w stanie tego uczynić i zwykle kończyło się na współczuciu. Jakkolwiek w dniu 1.12.1940t. został przez Starostę Krakowskiego mianowany burmistrzem, postępowania swojego wobec Polaków nie zmienił i szedł drogą we wrześniu wytkniętą - gnębienia Polaków. W stosunku do prowadzonej wojny Kochański lubił prowadzić obszerne dyskusje, i czy kto chciał, czy nie musiał słuchać jego ględzenia. Każde zwycięstwo Niemiec musiało być przez niego wyolbrzymione i jego domorosłą strategią opisane. 
Jak to było zwyczajem u Niemców, każde zwycięstwo ogłaszali przez "Sondernbercht". Wtedy jak pajac podskakiwał o mało sufitu nie dosięgając z wyciągniętą ręką krzyczał parokrotnie "Sieg Heil". Wówczas komentarze jego do odnoszonych zwycięstw nie miały granic. Słuchacze, do których to opowiadał, musieli używać wszelkich wysiłków, by mu w twarz nie parsknąć śmiechem. Szczególnie szalał, gdy Francja skapitulowała. Jego słowa były: "że teraz Hitler tylko guzik pociągnie i cała Anglia wyleci w powietrze i pozostanie z niej tylko płyta". Przewidywał zawsze, co się będzie dalej działo, gdy Niemcy podchodzili pod Moskwę czy Leningrad, z gestykulacjami, że dołem "Panzerwaffa" a górą "Luftwaffa" zajdą Sowietom drogę, oba miasta padną, a tym samym koniec wojny. Rosja zostanie kompletnie wykończona. Lubował się bardzo w słowie "Panzer". Zdarzały się wypadki, że pokrzywdzona przez Kochańskiego ludność zwracała się o sprawiedliwość do Komisarza niemieckiego, który trzeba przyznać, brał nieraz stronę poszkodowanego i zwracał Kochańskiemu uwagę na właściwość postępowania i załatwiania przez niego sprawy. Wówczas biedny był ten, który ze skargą na niego zwracał się do Niemca. Toteż w obawie przed Kochańskim rzadko kto zwracał się o interwencję do Komisarza. Gdy zaczęły się niepowodzenia niemieckie na frontach i wtedy Kochański umiał niepowodzenia te usprawiedliwić wyższą strategią niemiecką. W lipcu 1943r. dostał list anonimowy z pogróżkami. Zwołał w niedzielę zebranie do sali miejskiej wszystkie warstwy społeczeństwa Krzeszowic i tu w najordynarniejszych słowach sponiewierał całe społeczeństwo polskie wprost wyjąc i zachłystując się słowami, że pogróżek się nie boi, że nie jest tchórzem, jak żołnierze polscy, którzy w 1939r. uciekli jak zające, że jemu włos z głowy nie spadnie, bo za jego osobą pół Krzeszowic może być wystrzelanych. W szczególności wziął sobie za ofiary wszystkie rodziny Banachów, dlatego że w liście mu zarzucano, że Jana Banacha on wysłał do obozu w Oświęcimiu. Nastrój po takim wystąpieniu Kochańskiego był bardzo przygnębiający i oburzający, tym bardziej, że w czasie tym w okolicy Krzeszowic jak i Liszkach, Kaszowie, Rybnej, Radwanowicach były przeprowadzone przez gestapo i żandarmerię niemiecką pacyfikacje gdzie strzelano po 20 do 30 osób z jednej wsi i palono domy. Pomimo jego odwagi był tchórzem, mimo, że nosił przy sobie rewolwer, bo w czasie częściowego odwrotu wojsk niemieckich po zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944r. nadrabiał odwagą i miną. Żonę swą wywiózł na Śląsk. W czasie tym nadszedł rozkaz kopania rowów. Do robót byli wzywani wszyscy mieszkańcy miasta. Wezwania te podpisywał z początku osobiście, ale dla niepoznaki zmienił całą akcję organizowania ludzi do robót zlecił p.Jakubiczce, a sam tylko kontrolował ile osób poszło do roboty, a wieczorem kontrolował ile na robotach było. Poza tym wszystkim był materialistą i szantażystą. Osoby, które sobie upatrzył, musiały mu się drogo opłacać. O tym mogłyby powiedzieć takie firmy w Krzeszowicach jak Filipowska Zofia, Filipowski Henryk, Żbikowa Ludwika, Wiktoria Sarnkowa, Walczakowska Stanisława - wszystkie restauracje, rzemieślicy, krawcy, stolarze jak Jan Główka. O ile któryś z kupców nie sprzedał mu tego, czego Kochański chciał, czy to dla siebie czy Komisarza i jego żony i dziecka, był od tego czasu największym jego wrogiem i życie zaczął mu uprzykrzać. Na każdy towar nabyty u miejscowych kupców, ci musieli mu wystawiać rachunki. Ponieważ raz w sklepie p.Garnkowej żadnego towaru nie otrzymał, przeprowadził osobiście gruntowną rewizję w sklepie i mieszkaniu. Jak wykorzystywał kupców, świadczą rachunki wystawione przez p.Garnkową za 2 pary pończoch damskich po 3.00 zł za parę, mydło toaletowe po 1.00 zł. Za wszystko zapłacił 9 zł, a przedstawiono faktyczną wartość 10.50.000. Rachunek ten jest z grudnia 1944r. Niezależnie od wyłudzania potrzebnych towarów za marne pieniądze, był zaopatrywany w najlepsze towary ze sklepów pożydowskich. Od początku rozpoczęcia kariery w gminie z Dziecichowiczem przeprowadzali ciągłe rewizje po sklepach na podstawie rzekomych donosów anonimowych na Żydów. Znalezione przy tej rewizji towary zwozili do gminy i składali do swych magazynów, do których obaj mieli dostep. W jednej z sal na piętrze pełno było towaru od bucików do towarów tekstylnych i galanterii. Towar ten z biegiem czasu rozdali Niemcom i sami częściowo dla siebie pobrali, z Polaków z zapasów tych nikt nie korzystał. 
Nawet żaden z pracowników. Były na przydział cukierki dla sklepów do rozdziału pomiędzy kupców. Cukierków tych żaden kupiec nie dostał, bo wszystko utonęło u Dziecichowicza i Kochańskiego. W sprawach żydowskich Kochański odegrał bardzo przykrą rolę. W czasie wysiedlenia Żydów z Krzeszowic Kochański brał w tym bardzo czynny udział i pomagał w tej pracy Dziecichowiczowi. Na tym punkcie był bezwzględny i żadnych próśb i ulg o przedłużenie pobytu w Krzeszowicach nie uwzględniał. w tym kierunku szedł bardzo Niemcom na ręke. Był tak skrupulatny, że sam kontrolował czy zarządzenia niemieckie zostały wykonane. Tak zwana rada żydowska "Judenrat" musiała być w ciągłym kontakcie z Kochańskim i składać mu raporty o Żydach zamieszkałych w Krzeszowicach a jeszcze nie wysiedlonych. W roku 1942 było jeszcze parę rodzin żydowskich, którzy przy ogólnej likwidacji w r. 1941 uprosili przedłużenie pobytu do 1942r. W lipcu 1942 r. wyszło zarządzenie, że wszyscy Żydzi muszą z Krzeszowic wyjechać. Spis osób, które mają wyjechać musiały być sporządzony przez "Judenrat". W oznaczonym dniu rano wszyscy musieli się zebrać na rynku z całym swoim dobytkiem, gdzie były przygotowane już furmanki na wyjazd do Skawiny. w dzien przed wyjazdem sam chodził po mieszkaniach żydowskich i upominał, by przygotowali się do wyjazdu. Ponieważ ściśle przestrzegał ustawy Norymberskiej, kontrolował po księgach, czy też ktoś mu powiedział o tym, że Bendowski Antoni jest przechrztą. Zaznaczyć należy, że "Judenrat" wiedząc o Bendowskim, na listę go nie wpisał. Na zarządzenie Kochańskiego Bendowski musiał wyjechać jako Żyd razem z Żydami i opaską na ręce. Co tylko Kochański zrobił, że Bendowski został w Skawinie przez Niemców stracony. Gdyby nie Kochański, Bendowski mógł  w Krzeszowicach pozostać i żyć. Po wyjeździe z Krzeszowic wszystkich Żydów, zaczął Kochański wyszukiwać w mieście rodzin pochodzących od Żydów. Ponieważ kilka takich rodzin było w Krzeszowicach, Kochański rozpoczął prowadzić przeciw nim dochodzenie i wyszukiwać im przodków żydowskich. Do takich należały podobno rodzine Filipowskich, Bujakiewiczów, Pitakiewiczów, Gądłka Franciszka. Aby sprawę tuszować wszyscy musieli się drogo opłacić Kochańskiemu. Wszelkie jego życzenia były przez nich spełniane. Najwięcej ta sprawa kosztowała Henryka Filipowskiego, bo nie tylko materialnie, ale i moralnie. Kochański, jakkolwiek był wyznania rzymskokatolickiego, księży nienawidził, a w szczególności miejscowego Proboszcza ks. Jakuba Morajkę. Ciagle miał z nim scesje, to o zegar na kościele, którego naprawę wymusił na księdzu, o furmanki itp. Robił na niego doniesienia do policji niemieckiej przez Komisarza, groził mu wywiezieniem do Oświęcimia. Jednak Ks.Morajko wyszedł z tych opresji obronną ręką dzięki poparciu u Komisarza Helpenstella. W czasie zdejmowania dzwonów na zarządzenie władz niemieckich, pozostała mała sygnaturka na zakrystii, której dzwon wydzwaniał w południe i wieczór "Anioł Pański". Sygnaturka ta byłaby się utrzymała, gdyby nie Kochański, który kazał ją bezwzględnie zdjąć bo nie mógł znieść jej głosu w czasie wydzwaniania na "Anioł Pański". Kochański przyczynił się do aresztowania paru osób, z których niektóre zginęły w Oświęcimiu czy innym obozie. Jakkolwiek nie ma  na to jasnych dowodów, to śmiało można powiedzieć, że był on przyczyną ich śmierci jak Jana Banacha syna Mikolaja; Reminowie zostali za to aresztowani, że nie sprzedali mu żądnych towarów; Spytkowscy za to, że uprawiali handel przez granicę tzw. szmugel i doniesieni Kochańskiemu przez Żurawika, a Banach za to że nie chciał się zgłosić do pracy, mimo wezwania urzędu pracy. Twierdzenie to opiera się na tym, że przed każdym aresztowaniem przyjeżdżała do gminy policja niemiecka, a w tym wypadku policjant niemiecki niejaki Bogusz z Trzebini, który odbywał z Kochańskim prz drzwiach zamkniętych dłuższą konferencję. Po takich konferencjach zwykle odbywały się aresztowania. Pośrednim sprawcą tych aresztowań był Wik Stanisław, przed wojną zawodowy sierżant wojsk polskich, który w czasie okupacji zaczął się trudnić szmuglem towarów przez granicę. Ponieważ był to człowiek, który w swoim zawodzie nie znosił konkurencji w osobach Spytkowskich, ktorzy przywozili z zagranicy towary dla Reminów, oskarżył przed Kochańskim, który w swej gorliwości oddał ich w ręce niemieckij żandarmerii. Tak samo był kochański bezpośrednim sprawcą aresztowania RyszardaSmułki, Ferdeckiego Władysława. Kochański sam sie chwalił, że powinien być policjantem, gdyż ma do tego żyłkę, lecz minął się z powołaniem. Manią jego było branie na przesłuchanie osób przez niego przytrzymanych i podejrzanych. Obserwatorzy tylko się śmiali z jego głupoty i nieumiejętnego brania się do sprawy. Sami Gestapowcy z niego się wysmiewali, że im tylko psuje sprawę bo się nie umie do rzeczy zabierać. Pod względem znajomości stosunków miejscowych był znakomicie obeznany. Jeżeli chodziło o sprawy osobiste poszczególnych obywateli czy ich stosunków majątkowych, to w tym kierunku doskonale był informowany, dlatego,że miał swoich zauszników, którzy mu wszystko i o wszystkich donosili w najrozmaitszym naświetleniu z przekręceniem faktów. Donosicielem i zausznikiem Kochańskiego był Henryk Bajka pracownik gminny - woźny - stały mieszkaniec Krzeszowic, tu urodzony i wychowany. Kochański słusznie nazwał go "encyklopedią Krzeszowic". Największą sympatią Kochańskiego i przyjacielem był żandarm niemiecki, starszy wachmistrz Otto Zeiss, kat i zbir, którego rece po łokcie były umazane krwią Polaków i Żydów, których sadystycznie sam mordował. Byli ze sobą na ty, miał jego fotografię w biurze nad biurkiem. Kiedy tylko do Krzeszowic przyjechał, zawsze Kochańskiego odwiedzał, a przy spotkaniu zawsze się całowali. Gdy Zeiss swoje ofiary wywoził ze Sądu w Krzeszowicach na miejsce egzekucji do lasów w Rzeczkach, w podróży tej zawsze mu towarzyszył Kochański i przyglądał się jak Zeiss swoje ofiary rozstrzeliwał i lubił się napawać widokiem krwi konającej ofiary. Człowiek ten był bez czucia i jakiejkolwiek litości. Ofiary wywlekał z domów np. na Gwoźdżcu wyprowadził rodzinę niejakiego Rothsteina, przechrztę wraz z żoną i synem, najął fiakra Koptę, ofiarom tym kazał zająć miejsca w dorożce i kazał jechać poza Krzeszowice, do lasów w Rzeczkach. Niedaleko od torów kolejowych kazał chłopcu zsiąść z bryczki i kazał mu uciekać. Chłopiec zaczął uciekać, a Zeiss zaczął za nim strzelać i w czasie tej ucieczki chłopca zabił. Przyjechawszy na miejsce oboje Rothsteinów zastrzelił, a zwłoki kazał na miejscu pogrzebać. Zaznacza się, że zastrzeleni Rothsteibowie byli teściami dzisiejszego Wiceprezydenta Miasta Krakowa Dra Jana Garlickiego. Zaszedł taki wypadek, że w Krzeszowicach napotkał małego chłopca żydowskiego, dał mu cukierków bawił się z nim, a następnie wsadził do fiakra, wywiózł za miasto i tam bez litości zastrzelił. Takich ofiar okrucieństwa było 7 osób narodowości żydowskiej. Właśnie w takich wypadkach zawsze towarzyszył mu Kochański. Jak później dowiedzieliśmy się, do ofiar tych strzelał także Kochański, a potwierdził to dziś nieżyjący inż.Ferdecki, który z okienka na strychu obserwował Kochańskiego strzelającego do tych ofiar. Niektórzy mówili, że Kochański był dobrym gospodarzem. Kto tak mówił, to dlatego, że Kochańskiego nie znał. Prawda, pieniądze gminne składał w bankach niemieckich, a było tego przed jego ucieczką około pół miliona złotych. 
Przyjemnością Kochańskiego było burzyć stare domy czy stodoły, a nie dawał możliwości do budowy nowych. Że uporzadkował rynek i niektóre domy kazał odnowić i planty uporządkować, to tylko dla oczu niemieckich, by go chwalili, że "Kressendorf" siedziba Generał Gubernatora ładnie wyglądała. Na we  aresztowania były gazetki tajne. Z przykrością należy stwierdzić, że do współpracy tępienia ducha patriotyzmu byli wciągani i Polacy, którzy za judaszowskie pieniądze wydawali w ręce katów ludzi wartościowych i dla społeczeństwa potrzebnych. Do takich należy Stanisław Żurawik, który przez członków tajnej organizacji został wraz z żoną w kwietniu 1943r. zastrzeleni. Pod takim terrorem żyła i cierpiała ludność polska do 20 lipca 1944r. Po dniu tym wstąpiła lekka nadzieja, że może wojna, a z nią udręki już się skończą. Dzień i noc obserwowano jadące w popłochu kolumny samochodów wojskowych niemieckich w stronę zachodu. Na Niemców padł blady strach, tym bardziej, że było słychać huki zbliżającego się frontu. Niemcy wojskowi i cywilni wyjeżdżali jak mogli najszybciej. Ucieczka ta została w paru tygodniach przyhamowana, ponieważ front się ustabilizowal i ofensywa sowiecka chwilowo się wstrzymała. Niektórzy Niemcy zaczęli wracać na swe dawne, w popłochu opuszczone stanowiska. Tak samo wrócili i Frank, którego ogarnęła mania kopania szańców, do których została wciągnięta cała ludność miasta komendę objęła organizacja niemiecka w żółtych mundurach tzw. S.A. "Todt". Tych żółtych, jak ich ludność nazywała, ogarnął szał maltretowania ludności polskiej przy pomocy młodzieży niemieckiej Hitlerjugend, która sekundowała starszym w pędzeniu ludności do roboty, gdy tymczasem sami prawie nic nie robili, a dobrze jedli. Dla opornych, którzy nie chcieli iść do pracy, były stworzone obozy zamknięte w Rudawie, gdzie opornych przymusowo zamykano. Ofiarą tego niesamowitego terroru padł od kul zbirów hitlerowskich w dniu 28.8.1944r. przeor Ojców Kamedułów w Czernej śp.O.Alfons Maria - pod Nawojową Górą. W tym samym dniu te same zbiry spaliły domy i zamordowały parę osób w Nowej Górze i Filipowicach, które nie chciały iść do roboty. Rowy takie i stanowiska artyleryjskie były kopane także na gruntach w Krzeszowicach. Przed sądem grodzkim w Krzeszowicach i obok domu Korbiela wybudowano bunkry. Kopanie rowów i budowanie bunkrów trwało do ostatniego dnia okupacji niemieckiej i zostały przerwane na skutek bombardowania terenów objętych pracą przez myśliwce sowieckie. Umocnienia te, z takim trudem budowane na nic się Niemcom nie przydały, bo armia sowiecka przyszła z zupełnie innej strony, a nie z tej, jak się Niemcy spodziewali, a wojsko niemieckie, które umocnienia zaczęło obsadzać musiało uciekać. W dniach 17 i 18 stycznia 1945r. miasto przeżyło chwile, które u żyjących zapisały się w pamięci. Pierwsze jaskółki zbiżającego się frontu zaznaczyly się niezwykłym ruchem wojsk niemieckich. Ulicą Grunwaldzką i Czatkowską przejeżdżały samochody pancerne z artylerią i czołgi w jedną i drugą stronę. Nie wiadomo było, co jest przyczyną, czy ustalenie frontu, czy przesuwanie go na dogodniejsze pozycje. Okazało się to ostatnie. W obydwu tych dniach miasto przeżyło dwa naloty, gdzie myśliwce sowieckie tzw. bliskiego wsparcia podpędzały Niemców i rzucały bomby, przy czym oberwało się i mieszkańcom, gdyż parę osób zostało zabitych i rannych, jeden dom spalony a kilka pokiereszowanych od odłamków bomb, czy kul karabinowych. W czasie tym zginęli: Mucha Władysław, Robak Jan, dwóch synów Ludwika Szczuki, syn Tarskiego - Andrzej i syn Seweryna, a nadto ciężko ranny Kłosowski Bolesław, który z ran zmarł dnia następnego i Lorenc Stanisław będący w leczeniu. W ostatnim dniu został wysadzony most na Miękince, na rzece Filipówce w godzinach południowych wskutek czego ludność miasta parę dni była bez wody, gdyż wskutek wybuchu min zniszczony został przewód instalacji wodociągowej. Po południu tegoż dnia podpalili Niemcy tartak i browar, które doszczętnie spłonęły. Następne wybuchy o potwornej sile wybuchowej nastąpiły wieczór 18.I.1945r. przy wysadzaniu amunicji altleryjskiej o bomb zdeponowanych w lasach tenczyńskich. Wskutek wybuchów wyleciały prawie wszystkie szyby w domach i witraże w kościele, miejscami poodpadał nawet gzyms. Chodnikami szło się po szkle. Po krótkiej przerwie po wybuchach około północy rozpoczęła się właściwa walka i pojedynek artleryjski dział niemieckich w końcu ul.Grunwaldzkiej w stronę Czatkowic, a artyleria dział sowieckich od strony Dubia, Rudawy i Zabierzowa. Pojedynek ten trwał do godz. 5-tej rano po czym nastała cisza i oczekiwano, co ranek przyniesie. O pierwszym brzasku pięknego dnia wkroczyły do miasta pierwsze oddziały sowieckie. Ludzie zaczęli wychodzić z piwnic i podawać sobie komunikaty z nocnej walki, gdzie, co i komu granaty rozwaliły. Okazało się, że bardzo mało, bo poza rozbiciem komina, paru dziur w dachach i gościńcach nikomu nic się nie stało. Wszyscy z ciekawością zaczęli się przyglądać przemaszerowującym oddziałom sowieckim i ich uzbrojeniu. Przede wszystkim wszyscy z ulgą odetchnęli, że skończyły się koszmarne dni 6 i pół lat niewoli hitlerowskiej. Zrywano i deptano emblematy przypominające niewolę niemiecką. Zapanował odruch usuwania pokostu niemczyzny, niemców jako żołnierzy policjantów już nie było. Widziano ich, ale pokonanych i rozbrojowych. nastały dni przemarszu taborów, piechoty itp. w stronę posuwającego się frontu w stronę Trzebini, gdzie jednak zatrzymał się 3 dni. Huk dział wstrząsał posadami miasta, samoloty niemieckie i sowieckie staczały walki nad Krzeszowicami i ostrzeliwały maszerujące kolumny. Przemarsz trwał dniem i nocą. W tym samym czasie został oswobodzony Kraków bez szkód. Po wkroczeniu Sowietów ukonstytuowały się zaraz władze gminne, Milicja Obywatelska, która zaczęła silną ręką utrzymywać porządek. Muszę jeszcze wrócić do czasów okupacji i dopisać niektóre fakty urzędowania w gminie, które przez przeoczenie pominąłem a mianowicie: ..